Jestem zła, wściekła, załamana. Mam niedoczynność tarczycy od 3 lat, ale to nigdy nie przeszkadzało mi w co rocznym pielgrzymowaniu na Jasną Górę. Przez cały rok planowałam wyjście, odliczałam dni do wzruszenia na szlak pielgrzymi tylko po to by zrobić sobie głupią nadzieję. W lipcu bóle kolan, które do tej pory nachodziły mnie raz na ruskich miesiąc, zaostrzyły się. Prawe kolano bardzo mi dokuczliwe do tego stopnia, że przygotowania do pielgrzymki zostały zawieszone. 2 tygodnie przed tym wyczekiwany wydarzeniem odwiedzilam ortopedę. On wykrył zmiękczanie chrząstki stawowej i kategorycznie zabronił jakiegokolwiek wysiłku. Dostałam.roczne zwolnienie z wf i skierowanie na fizykoterapię. Z gabinetu wyszłam załamana. Ryczałam.
Udało mi się wyrwać do Lublina by odprowadzić pielgrzymów przez Lublin. Nie spodziewałam się, że przejście 7km aż tak odchoruję. Cierpię z bólu kolan. Mimo tego jestem szczęśliwa że mogłam spotka się z przyjaciółmi z trasy.
Przez 2 tygodnie pocieszałam się, że dojadę na ostatni etap i mimo wszystko wszystkie swoje kłopoty i cierpienia będę mogła powierzyć Matce Bożej. Dzisiaj się zawiodłam. Dzięki znajomościom mamy udało mi się dostać na rehabilitację jeszcze w sierpniu. Niestety zabiegi zaczynam 13 sierpnia w godzinach popołudniowych. I tutaj zaczyna się problem, bo w nocy z 13 na 14 sierpnia z mojej parafii organizowany jest wyjazd na ostatni dzień do Częstochowy. To od razu skreśla mnie z listy wyjazdowej. Cały ten rok jest beznadziejny!
Wierzę w to, że w całym moim cierpieniu jest jakiś sens, ale nie potrafię odkryć w nim swojej misji. Chce pomagać ludziom, ale jak narazie mało kto jej potrzebuje. Pyatalam w schronisku, próbowałam przy dzieciach, tacie w polu- wszystko spaliło mi się przez tą identyczną chorobę! !!!!!!!!!!! życie jest do bani...